Lato kończy się u mnie w tym roku dziwnie. A mianowicie tak, że coś się zaczyna :)

Aczkolwiek nie ma miejsca żadna wielka rewolucja. 
Drugi dzień niepalenia powoduje, że jestem strasznie rozkojarzona i czuję się dziwnie nierealnie. Nie wszystko do mnie dociera i ciekawe, ile byków zrobię w tym blogowym wpisie ;)
Co najfajniejsze: w ogóle nie jestem wkurzona, ani trochę, a przy poprzednich nieudanych rzucaniach papierosów zawsze byłam okropnie nerwowa i nieznośna. 

Zaczyna się - mam nadzieję - część życia bez tego beznadziejnie głupiego nałogu.
Zaczyna się, dzięki temu, czas nagród. Dla mnie, za dzielność, wytrzymałość, konsekwencję, silną wolę, itp.
Codziennie nagrodzę się za kolejną dobę bez palenia.

I dziś pierwsza nagroda (wczorajszy kawał cudownego camemberta się nie liczy!!!), która - mam nadzieję - i Wam się spodoba.

Na to siedlisko i na jego przecudną właścicielkę natknęłam się w zeszłym roku w magazynie prenumerowanym przez moją teściową, a mianowicie w "Werandzie".
Artykuł-wywiad czytałam chyba z 10 razy, a zdjęcia oglądałam przez połowę roku co i rusz.
I jeszcze mi się nie znudziło :)
Miejsce, jego historia i otoczenie oraz niesamowita postać pani Weroniki mnie oczarowały i przeniosły do lepszej bajki.
Później zafundowałam sobie zresztą inną część tej bajki, a mianowicie książkę pani Weroniki:



No więc już wiadomo, że chodzi o Emów i panią Weronikę Naszarkowską-Multanowską.

Podoba mi się to, jak magicznie pani Weronika postrzega codzienność. Ot, choćby jabłka, spacery, koty, psy, rodzinę...
I jak sugestywnie, a zarazem prosto potrafi tę magię przekazać, jak niewymuszenie wprowadza ją do domu.
A kiedy widzę jej rysunek z babcią trzymającą, podczas przymiarki, szpilki krawieckie w ustach (i zachodzi nagła obawa o ich połknięcie!), to się zastanawiam, gdzie była pani Weronika, gdy moja ukochana babcia szyła dla mnie sukienki i, podczas przymiarek, trzymała szpilki właśnie w ustach, żeby były pod ręką...
Czary :)



Bez zbędnego gadania z mojej strony, w końcu to nagroda, a nie szkolne wypracowanie ;)
Przedstawiam, za "Werandą" z września 2011, panią Weronikę i jej magiczny Emów.



Tekst: Monika Małkowska
Stylizacja: Kasia Mitkiewicz
Fotografie: Marek Szymański

"Ilustracje Weroniki to fantazje o szczęściu. Nic dziwnego, w Emowie, gdzie powstają, z dala od zgiełku, szczęście łatwo sobie wyobrazić.



Kiedy przyjechałam do Emowa, do domu Weroniki Naszarkowskiej-Multanowskiej, poczułam się jak w kapsule czasu. Zaledwie dwadzieścia kilometrów od centrum Warszawy, a zupełnie inna epoka, inny świat. Cisza przerywana ujadaniem psów, swobodnie rosnące „wsiowe” kwiaty, kapliczka w ogrodzie, na werandzie duży stół przykryty kilimem. Na obiad krupnik, pierogi z jagodami i wiśniowy kompot… Do tego brak elektronicznych urządzeń (jeśli nie liczyć komputera zakamuflowanego pod wielobarwną makatką).

Siedzimy na werandzie, podjadamy jagodzianki. Weronika opowiada: – Przyjeżdżałam tu zawsze na wakacje do babuni. Dziadkowie, o pięknych imionach Amelia i Ludwik, pochodzili z Kresów. Los rzucił ich do Warszawy, w której nie umieli się odnaleźć. Poszukali więc w pobliżu stolicy miejsca przypominającego rodzinne strony. Emów spełniał warunki: kilka domostw na krzyż, dookoła sosny rosnące na piaskach, brak bitych dróg i stałego kolejowego połączenia. Dziura, której wady i zacofanie dziś okazują się zaletami.
Przyjeżdżam tu z mężem Andrzejem, jak tylko wysychają roztopy, i zostajemy do pierwszych przymrozków. Tu najlepiej nam się pracuje, najwygodniej żyje. Ona artystka i projektantka, absolwentka warszawskiej ASP. On teatrolog, specjalista PR. – Prawie nie bywam w Warszawie, bo i po co? Zakupy robimy na targu, a w razie kulturalnego głodu ruszamy do lokalnego kina, dawnej stacji Falenica, na ekskluzywne seanse filmowe. Nie dość, że filmy ogląda się przy stolikach, to jeszcze można zamówić różne pyszności.
Dom to autentyk z 1928 roku. Cały drewniany. Styl budowli? Bliżej nieokreślony, przez niektórych porównywany do świdermajera. Ja nazwałabym go wczasowo-inteligenckim. Tani i bezpretensjonalny, z dużym dodatkiem rękodzieła. Od razu należy zaznaczyć – projektanta przy tym nie było. Układ wnętrz zaplanował się sam, wedle potrzeb mieszkańców, ich charakteru i historii. W środku mrok, bo okna nieduże, żeby latem było chłodno. Do każdego z kilku pokoi prowadzi osobne wyjście z holu. W razie gdyby komuś zachciało się sprowadzić kochanka…

O tych projektanckich sekretach Weronika opowiada z szelmowskim błyskiem w oczach. Ma w tym niemal perwersyjną uciechę – jej ojcem był Józef Sigalin, znany architekt, w powojennych czasach pierwszy urbanista Warszawy. Jednak Emów jest schedą po rodzinie matki (malarce Krystynie Kozłowskiej). Nie dotarły tam wpływy socrealizmu. Domek niewielki, ale działka spora, około hektara. Na parterze trzy pokoje, służbówka, łazienka, kuchnia i weranda, latem najważniejsze pomieszczenie; na pięterku dwa pokoje, no i jeszcze strych. Górę zajmowała w lecie ciotka Apolonia ze stryjem Ignacym, rodzeństwo dziadka. Jak to w rodzinie bywa, dwie panie na „A” darzyły się serdeczną antypatią. Los sprawił, że po wojnie, jako wdowy i ubogie staruszki, były zdane na siebie przez długie lata. I jak w klasycznym dramacie – choć nie rozmawiały ze sobą, zmarły jedna zaraz po drugiej.

– To był dom kobiet – śmieje się Weronika. – O jego wyglądzie zadecydowały babka i ciotka, potem mama. One zrobiły własnoręcznie większość rzeczy, zmuszone biedą oraz ogólnym brakiem towarów w sklepach. Weronika też dołożyła swoje. Ściany pobielone białą klejową farbą udekorowała „rzucikiem” machniętym od ręki – do takiej wysokości, do której sięgnęła ze stołka. Wzory są jak z dawnych wiejskich tapet: wisienki, winne grona, naiwne kwiatki.
Klimat „niegdysiejszości” potęgują wciąż działające kaflowe piece, zaś w kuchni – emaliowane naczynia z Olkusza. Co do umeblowania, przodkowie Weroniki mieli słabość do praktycznych sprzętów z Ładu, ona to co zostało, dopełniła rzeczami tanimi, często wyrzuconymi przez innych. Kiedyś na śmietniku wypatrzyła fotelik z lat 50. Wyszła po zdobycz po zmroku i… natknęła się na konkurencję. – Ty mała, to mój rewir – usłyszała zachrypnięty głos. Flaszka załagodziła sprawę.

W ogrodzie stoi kapliczka ku czci świętego Franciszka. Weronika ma z tym świętym osobiste porachunki. W zamian za wyzdrowienie suczki Zuzi obiecała patronowi zwierząt odnowienie kapliczki. Zuzia, choć leciwa staruszka (miała 15 lat!), pożyła jeszcze trochę, a święty Franciszek dostał nowe szaty i świeże zadaszenie. Teraz czuwa nad królującymi w obejściu suczkami rasy corgi, Dunią i Felą."



 






W źródełku, z którego korzystałam:
znajdziecie dodatkowo kilka zdjęć i przepiękne, metafizyczne prace pani Weroniki.
Tych ostatnich sporo również na stronie malarki:



Cześć i czołem po urlopie,
Wasza fu :)


6 komentarzy

  1. Witaj, wypoczęta, uszczęśliwiona i za pierwszy dzień nagrodzona ;), domek bajkowy i tak sobie myślałam, żeś Ty w nim na te wakacje przepadła tak całkiem w realu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim to bym przepadła i na rok bez słowa protestu :) I w takim towarzystwie :)
      No ale włóczyłam się tu i ówdzie, trochę u siebie, trochę w gościnie.
      Ciężko wracać do blokowiska ;D Ale do blogowania nie tak bardzo, jak tyle kochanych osób wkoło!
      :*

      Usuń
  2. Funito, ten dom jest idealny dla mnie! I zaraz z przyjemnością poczytam o Pani Weronice.
    A Ty kochana nie pal. Trzymaj się dzielnie! Ten pomysł z codziennym siebie nagradzaniem BARDZO DOBRY, jak zasłużyłaś to nagroda jak najbardziej Ci się należy!
    Trzymam kciuki za powodzenie. Dasz raaaadę, co tam jakieś tam fajki! ;)
    ściskam!
    dominika

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, kochana :)
      Na razie mam etap takiej niekumacji, że nawet nie mam pomysłu na nagrodę, tzn. mam, ale jest dość droga i wychodzi mi, że muszę 7 dni nie palić, żeby mi się należała.
      Ale taka piękna, że - qrczę blade! - warto!

      Dzięki za wsparcie i cieszę się, że dom pani Weroniki Ci się podoba :)))

      Usuń
  3. Domek jest po prostu bajkowy! Powodzenia w rzucaniu palenia! Ja kiedyś rano wstałam z łóżka i postanowiłam, że spróbuję zrobić sobie dzień bez papierosa. Ten dzień trwa już cztery lata ;-) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Makolino!!! To jest fantastyczne, co napisałaś!
      Człowiek się tak trochę boi, ojej, co ja zrobię bez fajek DO KOŃCA ŻYCIA. Więc może nie trzeba tak myśleć, żeby się nie wystraszyć, tylko mówić sobie codziennie rano: a dziś dzień bez papierosa :)
      Genialna jesteś!

      Buuuuziak! :D

      Usuń

Dziękuję za każdy komentarz. Każdy komentarz jest mądry i potrzebny! Kocham komentarze!!! ;D

Obsługiwane przez usługę Blogger.

Instagram